Parafiada to czas pełen sportowych emocji, wspólnej zabawy i budowania nowych relacji. Dla wielu uczestników to wydarzenie, do którego wracają co roku, ale są też osoby, które przeżywają je po raz pierwszy. Jedną z nich był neoprezbiter Jakub Urbaniak SP, zatem zadaliśmy mu parę pytań.
Jak to się stało, że Ojciec jest w tym roku na Parafiadzie?
Najprostsza odpowiedź jest taka, że jestem pijarem. Parafiada jest dziełem, które wyrosło z działalności Zakonu Pijarów i Stowarzyszenia Parafiada, więc obecność pijara w tym miejscu jest czymś zupełnie naturalnym.
Jest jednak także odpowiedź nieco dłuższa. Przez osiem lat mojej formacji – jako przednowicjusz, nowicjusz i kleryk – nigdy nie miałem okazji uczestniczyć w Parafiadzie. Zawsze więc zżerała mnie ciekawość, czym właściwie jest to wydarzenie.
A w tym roku, zupełnym zbiegiem okoliczności – a jak wiadomo, przypadek to drugie imię Pana Boga – potrzebny był opiekun dla grupy LSO Wieczysta. I tak właśnie znalazłem się tutaj.
Jakie były Ojca oczekiwania przed przyjazdem na Parafiadę?
Nie wiem, czy nazwałbym to oczekiwaniami. Bardziej była to pewna odpowiedzialność, która spoczywała na naszej drużynie. LSO Wieczysta od dwóch lat zdobywa tytuł najbardziej wszechstronnej drużyny Parafiady. W tym roku przyjechaliśmy jednak w mniej licznym i młodszym składzie, więc naturalnie pojawiła się świadomość, że będzie trudniej. Jako opiekun wychodzę z założenia, że chłopaki mają grać, a ja mam się stresować. A w stresowaniu się jestem całkiem dobry.
Była więc odpowiedzialność za wyniki, ale jednocześnie bardzo szybko przekonałem się, że atmosfera Parafiady jest taka, iż naprawdę nie trzeba być najlepszym, żeby dobrze ją przeżyć.
Co było dla Ojca największym zaskoczeniem?
Chyba bardziej niż zaskoczenie odczuwam satysfakcję. Przekonałem się, że Parafiada rzeczywiście realizuje swoją ideę trzech filarów: stadionu, świątyni i teatru. Na pierwszy rzut oka najbardziej widoczny jest oczywiście stadion i sportowa rywalizacja. Ale gdyby zabrakło świątyni, gdyby zabrakło Pana Boga, to nas by po prostu nie było. To było dla mnie bardzo pozytywne odkrycie. Widać, że modlitwa, Eucharystia i wspólne przeżywanie wiary naprawdę są tutaj obecne, a nie stanowią jedynie dodatku do zawodów.
Jak wygląda przeżywanie Parafiady jako neoprezbiter?
To zabawne doświadczenie. Wielu uczestników pyta mnie o różne miejsca albo o organizację wydarzenia, a ja często odpowiadam: „Nie wiem, jestem tutaj pierwszy raz”. Nieraz rozmawiam z uczniami szkoły podstawowej, którzy przyjeżdżają na Parafiadę już czwarty czy piąty raz. Okazuje się więc, że oni mają większe doświadczenie ode mnie. To dobra lekcja pokory. Sam fakt, że jestem starszy, jestem księdzem czy opiekunem, nie oznacza jeszcze, że muszę wszystko wiedzieć.
Czy przeżywanie Parafiady jako neoprezbiter różni się od przeżywania jej jako… „retroprezbiter”?
Nie wiem. O tym będę mógł powiedzieć dopiero za kilka lat. Na pewno wyjątkowym doświadczeniem było przewodniczenie Eucharystii razem z ojcem Bartoszem. To był szczególny moment. Nie dlatego, że sami sobie coś zorganizowaliśmy albo na coś zasłużyliśmy. To był po prostu dar Pana Boga.
I to jest chyba najpiękniejsze. W Kościele najważniejsze rzeczy nie są nagrodą za nasze osiągnięcia. Nie mają znaczenia wyniki sportowe, miejsce w konkursie wiedzy biblijnej czy to, jak daleko ktoś rzucił piłeczką palantową, pchnął kulą, skoczył w dal.
Oczywiście, można się cieszyć z sukcesów, ale wobec tego, co daje Pan Bóg, wszystkie te osiągnięcia schodzą na drugi plan.
Co zabiera Ojciec ze sobą z tej Parafiady?
Myślę, że jednym słowem, które najlepiej podsumowuje Parafiadę, jest spotkanie. Tutaj spotkania mają wiele wymiarów. Są takie, w których stajemy naprzeciw siebie jako przeciwnicy w sportowej rywalizacji. Walczymy o zwycięstwo, ale tylko na boisku. Chwilę później stoimy razem w kolejce na śniadanie, rozmawiamy, śmiejemy się albo gramy wspólnie w piłkę czy ringo już zupełnie niezobowiązująco. To pokazuje, że można rywalizować, a jednocześnie budować relacje. Są też spotkania z drugim człowiekiem – takie zwyczajne, codzienne, które rodzą się przy posiłkach, podczas rozmów czy wspólnie spędzanego czasu. Widać tutaj prawdziwą wspólnotę.
Najważniejsze jest jednak spotkanie z Jezusem. Temu służą Eucharystia, adoracja, chwile ciszy i wspólna modlitwa. To właśnie one sprawiają, że Parafiada nie jest tylko wydarzeniem sportowym. Spotkanie zawsze oznacza relację. Nie musi być ona od razu głęboka czy doskonała. Najważniejsze, żeby w ogóle była.
Podobnie jest z wiarą. Najtrudniejsza jest obojętność. Jeżeli ktoś się z Panem Bogiem nie zgadza, złości się na Niego, zadaje pytania czy czegoś nie rozumie, to znaczy, że jakaś relacja już istnieje. Jest przestrzeń do rozmowy i do wzrostu.
Tak samo jest z relacjami między ludźmi. Parafiada daje mnóstwo okazji do tego, żeby je budować. Widać to choćby wtedy, gdy zawodnicy po zakończonych rozgrywkach kibicują swoim wcześniejszym rywalom. Zauważyłem to szczególnie podczas turnieju badmintona. Chłopaki, którzy przed chwilą grali przeciwko sobie, później wspólnie dopingowali się nawzajem i dopytywali o wyniki w innych konkurencjach. To jest bardzo piękny obraz wspólnoty.
Hasłem tegorocznej Parafiady są „Twoje korzenie”. Co Ojciec powiedziałby o korzeniach samej Parafiady?
Jeśli spojrzymy bardzo daleko wstecz, korzenie Parafiady sięgają jeszcze starożytności i greckiej idei harmonijnego rozwoju człowieka. Oczywiście są też zakorzenione w duchowości pijarskiej – w św. Józefie Kalasancjuszu, w Stanisławie Konarskim i jego przekonaniu, że trzeba jednocześnie kształtować serce cnotami, umysł nauką, a ciało ćwiczeniami.
Nie sposób również nie wspomnieć śp. ojca Józefa Jońca, który stworzył Parafiadę i nadał jej obecny kształt, ale kiedy myślę o korzeniach, przychodzi mi do głowy jeszcze inny obraz. W ogrodnictwie są różne systemy korzeniowe. Niektóre rośliny rozrastają się szeroko tuż pod powierzchnią ziemi. Inne wypuszczają jeden mocny korzeń, który sięga bardzo głęboko. Są też rośliny stepowe, których system korzeniowy jest kilka razy dłuższy niż to, co widzimy nad ziemią.
I chyba właśnie taki jest korzeń Parafiady. To, co widzimy na zewnątrz – zawody, koncerty, spotkania, prawie tysiąc uczestników – jest tylko częścią całości. Znacznie ważniejsze jest to, czego nie widać. To właśnie głęboko zakorzenione wartości pozwalają tej inicjatywie trwać przez lata, rozwijać się i przynosić owoce, ale też nie przeszkadzać innym. Rośliny stepowe potrzebują głębokich korzeni, żeby przetrwać suszę, wiatr i trudne warunki. Nie muszą być najwyższe. Wystarczy, że są dobrze zakorzenione.
Mam wrażenie, że z Parafiadą jest podobnie. Można patrzeć na nią tylko z zewnątrz i powiedzieć: „To po prostu kolejna impreza sportowa”. Ale dopiero kiedy zobaczy się jej korzenie, można zrozumieć, dlaczego jest czymś znacznie więcej, bo ostatecznie wszystkie te korzenie prowadzą do jednego źródła. Tym źródłem jest Jezus Chrystus.




Redaktorka Rita Pieniążek
